Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/membra.na-spokojny.sanok.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
iewać się po kobiecie, która nie przyje¬chała na pogrzeb siostry ani nie zainteresowała się osiero¬conym siostrzeńcem? Gdyby nie przepisy, Mark w ogóle nie chciałby jej widzieć, tylko natychmiast zabrałby małego do kraju. Na samą myśl o tym, jak zaniedbano Henry'ego, ogarnęła go wściekłość.

- Madge, czy zechciałabyś zająć się panną Dexter?

mnie.
Bentz nie przypuszczał, by była to ta sama kobieta, która udawała Jennifer. Nie był nawet
symbol. Jennifer, która skacze w bezdenną czerń z upiornego molo...
– Niezły pomysł.
Stali na plaży, w ciepłym popołudniowym słońcu. Ratownicy przeczesywali wody DeviPs
niedaleko placu Jacksona, który przetrzymał niszczycielski huragan Katrina. Jakiś czas temu
– Ale co ty... To znaczy, wiem, że dzwoniłeś i że powinnam była oddzwonić, ale nie
spotkałeś tę, której szukasz, na autostradzie? Mówimy o igle w stogu siana.
Czy człowiek z krwi i kości?
Cisnął torbę koło wozu, jednym susem dopadł kobiety i wyrwał jej kluczyki z dłoni.
do cholery?
Kamera stała nieruchomo. Czerwone światełko, złośliwe, wrogie oko, przyglądało się jej,
– Co robisz?
Zbierała poszczególne zdjęcia wypływające z klatki. – Nie, nie, nie! Tak nie może być! Nie

Milczeli przez długą chwilę.

– I biologicznym ojcem mojej córki.
Troy odwrócił się w stronę intruza. - Nie obchodzi mnie, kim pan jest. To bardzo prywatna uroczystość. Wybaczy pan... - Nie. Proszę poczekać. - Caitlyn spojrzała znad ciemnych okularów. - Zna pan doktor Wade? - Studiowaliśmy razem, a potem przez lata razem pracowaliśmy. Nazywam się Adam Hunt. - Wyciągnął dłoń. - Poprosiła mnie o skontaktowanie się z kilkoma swoimi pacjentami. - Rozmawiał pan z nią? - Ostatnio nie. Ale byłem trochę uziemiony. - Dopiero teraz zauważyła, że mężczyzna ma zabandażowaną kostkę. - Drobne starcie z motocyklem. Przegrałem. - Szeroki uśmiech złagodził chłód szarych oczu. - Nie powinienem był tu dzisiaj przychodzić, ale nie odpowiedziała pani na żaden mój telefon, a Rebeka prosiła mnie, żebym szczególnie z panią się skontaktował. Przepraszam... przepraszam, że panią zatrzymuję. Wiem, że to dla pani bardzo trudny okres, więc jeśli będzie pani chciała z kimś porozmawiać, to proszę do mnie zadzwonić. - Wcisnął jej wizytówkę. - Nie chcę pani zatrzymywać. Proszę jeszcze raz przyjąć moje kondolencje. Zanim zdążyła odpowiedzieć, pokuśtykał w dół zbocza, w kierunku starego jeepa. - O co tu, do diabła, chodzi? - spytał Troy, poprawiając krawat. - Nie jestem pewna. - Mówię ci, on mi się nie podoba. Pewnie ma w tym jakiś osobisty interes. - A ja ci mówię, że tobie nikt się nie podoba. - Caitlyn zobaczyła, jak oczy brata ciemnieją. - W porządku, cios poniżej pasa. Przepraszam - powiedziała. - Mam dziś ciężki dzień. - Codziennie masz ciężki dzień? - zapytał, gdy kierowca otworzył im drzwi. Kątem oka Caitlyn zauważyła Adama Hunta siadającego za kierownicą jeepa. - Kim, do diabła, jest Rebeka Wade? - Moją psychoterapeutką. - Aha. - Troy spojrzał za odjeżdżającym jeepem. - W takim razie może powinnaś z nim porozmawiać, ale najpierw go sprawdź. To może być reporter, który chce napisać artykuł. Niektórzy z nich nie są do końca uczciwi. Posuną się do wszystkiego, żeby zdobyć materiał. - Popadasz w paranoję. - Nie. Ja tylko twardo stąpam po ziemi. - Usiedli na rozgrzanych fotelach, a kierowca uruchomił silnik i włączył klimatyzację. Matka, Lucille, Amanda i Hannah wsiadły do drugiego ciemnego samochodu. Jechali do Oak Hill. - Pamiętaj, że to dziedziczne - zażartowała ponuro. - Bardzo śmieszne. Mnie to nie dotyczy. Ja jestem ten normalny, pamiętasz? Miała wątpliwości. Powoli zaczynała we wszystko wątpić. Normalny? Och, Troy! Jeśli chodziło o klan Montgomerych, to chyba nie ma w nim ani jednej normalnej osoby. Atropos obserwowała ich wszystkich. Żałobników Josha Bandeaux. Tak jakby kogoś naprawdę obchodziło, czy Bandeaux żyje, czy nie. Przyglądała się ceremonii, powadze pastora, zmęczonej i nieszczęśliwej twarzy teściowej zmarłego, skrytej za woalką. Byli też inni, nieprawowici, chciwi Biscayne’owie, którzy zamanifestowali publicznie swoją przynależność do rodziny Montgomerych.
Rozdział 2 Kim, do diabła, jest Josh Bandeaux? - zapytał Pierce Reed. Jego partnerka, Sylvie Morrisette, pędziła właśnie East Bay jak na jakimś pieprzonym wyścigu Formuły 1. - Poza tym, że jest niezłym palantem? - Morrisette zerknęła na niego kątem oka. - Tak, poza tym. Westchnęła, wciągając powietrze przez nos. - Czasami zapominam, jakim jesteś głuptasem. Uroczy, ale głuptas. - Sylvie, z nastroszonymi blond włosami, sportową sylwetką i ciętym językiem, była twarda jak jej buty z wężowej skóry i kłująca jak olbrzymi kaktus. Od kiedy została partnerką Reeda, koledzy z pracy posyłali mu współczujące spojrzenia. - Żyjesz w pieprzonej próżni - dodała, przeciągając samogłoski z teksaskim akcentem. Przeflancowana z El Paso, od piętnastu lat służyła w policji w Savannah. On sześć miesięcy. Poza jednym zadaniem, nad którym pracował w tych okolicach, Reed spędził większość swego dorosłego życia na zachodnim wybrzeżu, ostatnio w San Francisco. Odszedł z San Francisco w niesławie, ale tutaj udało mu się dostać pracę na stanowisku starszego detektywa. Jeśli Sylvie nisko oce-niała jego pozycję, miała na tyle rozsądku, żeby tego nie okazywać. Z błyskiem świateł i piskiem opon zbyt szybko ścięła zakręt i omal nie zjechała na przeciwległy pas. - Lepiej, żebyś dowiozła nas w jednym kawałku. - Dowiozę. - Udało jej się zapanować nad samochodem. Minął ich pikap; kierowca podniósł rękę z wyraźnym zamiarem pokazania im środkowego palca. Zorientował się jednak, że ma do czynienia z policją, i darował sobie. - No dobra, oświeć mnie. - To jeden z najbogatszych sukinsynów w mieście, a może nawet w całym stanie. Pochodzi z Georgii, w czepku urodzony, wżenił się w niezłe pieniądze. Wielki hazardzista. Zarabiał i tracił pieniądze, ale z każdego śmierdzącego interesu wychodził czysty jak łza. - Aż do wczoraj - przypomniał jej Reed. - Tak. Wczoraj w nocy chyba opuściło go szczęście. - Przejechała na czerwonym świetle. - Mężczyzna, czterdzieści dwa lata. Możliwe samobójstwo - wycedziła z sarkazmem. - Nie wierzysz? - Ani trochę. Miałam nieszczęście spotkać tego palanta. Parę razy przekazał darowiznę na rzecz policji. Zawsze gdy organizowaliśmy zbiórkę, pojawiał się w garniturze od Armaniego z czekiem na sporą sumę. - Wykrzywiła usta. - Potem wypijał kilka drinków i wiedziałeś już, że zaraz zacznie zarywać laski. Cholerny Casanovą! - Uśmiechnęła się bez cienia wesołości i przejechała na żółtym świetle. - Fakt, że był żonaty, nie powstrzymywał go od latania za spódniczkami. - To żona znalazła jego ciało? - Nie, są w separacji. Cholera! - Nacisnęła gwałtownie na hamulec i w ostatniej chwili ominęła parkującą na jezdni furgonetkę. - Dupek! - Więc Bandeaux nie był rozwiedziony? - Jeszcze nie. Teraz już nigdy nie będzie. - Zakręciła kierownicą i wpadli w boczną ulicę. Cudem nie zderzyli się z kontenerem na śmieci, rozdmuchali tylko walające się wokół papiery. Podskakując, wpadli w kolejną boczną uliczkę i z przechyłem wjechali do centrum jednej z najstarszych dzielnic w mieście. - Pomyśl o tych wszystkich pieniądzach, jakie Caitlyn Bandeaux zaoszczędzi na prawnikach. Nie, żeby musiała oszczędzać.

Mam cię, pomyślał Bentz. Poczuł, że serce bije mu szybciej. Wreszcie. Coś zaczyna iść

- Czy powiedziałem coś niewłaściwego? - spytał Beck. Odwróciła się do niego. - Niech pan przestanie mnie czarować, dobrze? To strata czasu. Dorastałam w otoczeniu czarujących mężczyzn i wiem najlepiej, jak fałszywy może być taki powab. Mnie, panie Merchant, przestał on pociągać już dawno temu. - Mów mi Beck. Czego tak właściwie nie lubisz? Wdzięku czy mężczyzn? Huśtał się, niezbyt wysoko, ale jednak. Strasznie ją to zirytowało. - Nie lubię pana. - Nie znasz mnie. - Znam. - Roześmiała się gorzko. - Znam pana, bo jest pan taki sam, jak oni. - Wskazała ręka w kierunku domu. - Naprawdę? - Pozbawiony skrupułów i moralności, chciwy i zadowolony z siebie. Mam opowiadać dalej? - Nie sądzę, aby moje ego mogło znieść więcej - odparł oschle. - Chciałbym się natomiast dowiedzieć, co sprawiło, że tak szybko wyrobiłaś sobie na mój temat taką opinię. Dopiero się poznaliśmy. - Wyrabiałam ją sobie stopniowo, czytając raporty o stanie firmy, które otrzymuję, choć wielokrotnie prosiłam, aby usunąć mnie z listy adresatów. - Po co więc je czytasz? - Ponieważ nie mogę wyjść ze zdumienia, do czego potrafi posunąć się dla pieniędzy firma Hoyle Enterprises. - Jesteś wspólnikiem firmy Hoyle Enterprises. - Nie chcę nim być - odparowała, podnosząc głos. - Strawiłam cały ro ki tysiące dolarów na opłacenie prawników, usiłując się wyswobodzić z tego jarzma. Wasze sprytne machinacje zablokowały mnie zupełnie. - Legalne posunięcia. - Ledwie legalne. - „Ledwie" się liczy. - Zeskoczył z huśtawki, zostawiając ją rozbujaną na linach i podszedł do Sayre. - Pracuję dla Huffa, który chciał, abyś pozostała wspólnikiem rodzinnej firmy. Powiedział mi, żebym zrobił wszystko, aby zapewnić ci ten status. Wykonałem jedynie robotę, za którą mi płacą. - Przynajmniej wiemy, o co panu chodzi, nieprawdaż? - Sugerujesz, że jestem zawodową dziwką? - spytał bardzo niskim głosem. - Nie sądzę, żebyś chciała rozmawiać o tych sprawach, prawda, Sayre? Sugestia zabolała, ale Sayre była bardziej zła niż urażona. Nikt już nie był w stanie jej zranić. - Widzę, że i pan stosuje nieczyste zagrywki, tak jak oni. - Walczę, żeby wygrać. - Oczywiście. - A ty, o co walczysz? - O przetrwanie - odparowała. Odetchnęła głęboko, próbując powstrzymać narastający gniew, Zdała sobie sprawę, że zaciska dłonie w pięści. Rozluźniła się, potrząsnęła głową i zwilżyła wargi językiem. - Walczyłam, żeby przetrzymać moją rodzinę i udało mi się. Jedynym powodem, który mógł spowodować mój przyjazd tutaj, była śmierć Danny'ego. Boleję nad jego odejściem i zawsze... - powstrzymała się od wyznania, że zawsze będą ją nawiedzały wspomnienia dwóch telefonów od Danny'ego, których nie chciała odebrać. - Cieszę się, że przynajmniej jemu udało się uciec. Mam nadzieję, że odnalazł spokój. Chciałabym jednak wiedzieć...
Nie wiadomo skąd któregoś popołudnia pojawił się Motyl. Mógł przybyć zarówno z innej planety, jak też wyłonić
Mały Książę milczał przez chwilę i rozmyślał.

– Mamy apartamenty ze wspaniałym widokiem na basen. – Błyskawicznie weszła w rolę

- Odtąd Henry będzie miał najlepszą opiekę - powie¬dział przez zaciśnięte zęby, patrząc na odwróconą Tammy.
- Przyjechałeś, żebym podpisała papiery i zrzekła się praw do Henry'ego?
- Słucham?